środa, 12 listopada 2014

Wyszłam z siebie, zaraz wracam.

        „Machasz rękami jak dziadek” kwituje krótko moja Rodzicielka i wpada w pułapkę niekończącego się śmiechu.
        To podobno prawda. Podobno, bo osobiście nie zwracam na to uwagi. Aż do teraz. Wiszę nad klawiaturą i dumam. Nie wiem czy macie ten sam problem, ale... Gdybym miała raz-dwa opisać gesty i zachowania znanej mi osoby, nie miałabym z tym większego problemu. I paradoks całej sytuacji polega na tym, że... znam dobrze samą siebie, pokuszę się nawet o stwierdzenie: świetnie, ale musiałam się porządnie zastanowić nad tym co charakteryzuje moje zachowanie.
        W końcu usłyszałam w głowie ten dobrze znany mi śmiech. Dziadkowe gesty. Nie są to konkretne ruchy. Jest tak jakby moje ręce żyły własnym życiem i wykonywały sobie tylko znane manewry wespół z potokiem słów, które opuszczają moje usta.
Poza tym, choć wolałabym o tym zapomnieć i pozbyć się tego, rumienię się. Czerwienię, kraśnieję, pąsowieję, spalam, buraczeję. Jakkolwiek by tego nie nazywać – brzmi i wygląda fatalnie. I nie jest to wyłącznie kwestia zawstydzenia. Śmiech, złość a nawet płacz wywabiają na wierzch szkarłatne dowody znienawidzonej przypadłości, które w zastraszającym tempie potrafią opanować całą twarz. Nie polecam.
        Zastanawiając się nad trzecim gestem, zrezygnowana poprosiłam o pomoc Fredkę, która podpisawszy się pod spostrzeżeniem mojej Rodzicielki, skapitulowała. Wobec tego, na swoją obronę dopiszę po prostu uśmiech, jako nieodzowny gadżet-gest, z którym się bardzo rzadko rozstaję :)