„Machasz rękami jak dziadek”
kwituje krótko moja Rodzicielka i wpada w pułapkę niekończącego
się śmiechu.
To podobno prawda. Podobno, bo
osobiście nie zwracam na to uwagi. Aż do teraz. Wiszę nad
klawiaturą i dumam. Nie wiem czy macie ten sam problem, ale...
Gdybym miała raz-dwa opisać gesty i zachowania znanej mi osoby, nie
miałabym z tym większego problemu. I paradoks całej sytuacji
polega na tym, że... znam dobrze samą siebie, pokuszę się nawet o
stwierdzenie: świetnie, ale
musiałam się porządnie zastanowić nad tym co charakteryzuje moje
zachowanie.
W końcu
usłyszałam w głowie ten dobrze znany mi śmiech. Dziadkowe gesty.
Nie są to konkretne ruchy. Jest tak jakby moje ręce żyły własnym
życiem i wykonywały sobie tylko znane manewry wespół z potokiem
słów, które opuszczają moje usta.
Poza
tym, choć wolałabym o tym zapomnieć i pozbyć się tego, rumienię
się. Czerwienię, kraśnieję, pąsowieję, spalam, buraczeję.
Jakkolwiek by tego nie nazywać – brzmi i wygląda fatalnie. I nie
jest to wyłącznie kwestia zawstydzenia. Śmiech, złość a nawet
płacz wywabiają na wierzch szkarłatne dowody znienawidzonej
przypadłości, które w zastraszającym tempie potrafią opanować
całą twarz. Nie polecam.
Zastanawiając
się nad trzecim gestem, zrezygnowana poprosiłam o pomoc Fredkę,
która podpisawszy się pod spostrzeżeniem mojej Rodzicielki,
skapitulowała. Wobec tego, na swoją obronę dopiszę po prostu
uśmiech, jako
nieodzowny gadżet-gest, z którym się bardzo rzadko rozstaję :)