Pobiłam dzbanek. W zasadzie
nadtłukłam. Na szczęście? Pitu pitu... zabobony.
Ale pizza się udała. W domu nadal
unosi się zapach pieczonego salami i oregano. Mój brzuch się
cieszy a niedzielę można uznać za udaną.
Pomijając oczywiście te paskudne
białe coś oblegające chodniki, trawniki i inne nieosłonięte
powierzchnie na zewnątrz. Uprzedzając ataki wielbicieli tego, jak
mu tam... śniegu. Ma on swoją magiczną moc, urok, piękno i inne
dodatki. Pięknie skrzy się w słoneczną pogodę. Super skrzypi w
mroźne dni. Wreszcie gdyby nie śnieg, skąd brałyby się bałwany?!
Ale zalegając pod nogami w postaci mokrej ciapowatej substancji
uosabia tylko depresję, przypominając nam o nadal trwającej
(kalendarzowej) jesieni.