wtorek, 18 listopada 2014

Piszę, bo muszę.

        Przymus uzewnętrzniania się jest jak wizyta w gabinecie szkolnego dyrektora. Przyciągają cię wbrew Twojej woli przed oblicze Księcia Ciemności, każą mówić to, co tak naprawdę wolałbyś zatrzymać dla siebie, lustrują, obserwują, oceniają i wydają werdykt. A prawda? To już zupełnie inna historia.
Napisać o sobie parę słów? Co zatrzeć, przemilczeć, przykryć gazetą, zamknąć w szafce na kluczyk? Może to i owo podrasować, upiększyć, dodać kilka błyskotek i wystawić na pokaz? Obrócić asekuracyjne wszystko w żart? Wystawić dramat? Rozpętać ideologiczną burzę? A co zrobić z prawdą, która w morzu internetowego brudu ubabrze się po łokcie szybciej niż zdążymy kliknąć lubię to?
        Można by zacząć błyszczeć jak wybielone zęby nowej celebrytki.
        Udawać Paulo Coelho.
        Lać pseudo-inteligentną wodę.
        Wrzucić zdjęcie z kotem. Psem. Albo sałatką fit. Oczywiście selfie.
        Nagrać cover hitu disco-polo.
        Albo pisać ot tak, dla stukotu klawiszy.