Przymus uzewnętrzniania się jest jak
wizyta w gabinecie szkolnego dyrektora. Przyciągają cię wbrew
Twojej woli przed oblicze Księcia Ciemności,
każą mówić to, co tak naprawdę wolałbyś zatrzymać dla siebie,
lustrują, obserwują, oceniają i wydają werdykt. A prawda? To już
zupełnie inna historia.
Napisać
o sobie parę słów? Co zatrzeć, przemilczeć, przykryć gazetą,
zamknąć w szafce na kluczyk? Może to i owo podrasować, upiększyć,
dodać kilka błyskotek i wystawić na pokaz? Obrócić asekuracyjne
wszystko w żart? Wystawić dramat? Rozpętać ideologiczną burzę?
A co zrobić z prawdą, która w morzu internetowego brudu ubabrze
się po łokcie szybciej niż zdążymy kliknąć lubię
to?
Można
by zacząć błyszczeć jak wybielone zęby nowej celebrytki.
Udawać
Paulo Coelho.
Lać
pseudo-inteligentną wodę.
Wrzucić
zdjęcie z kotem. Psem. Albo sałatką fit. Oczywiście selfie.
Nagrać
cover hitu disco-polo.
Albo
pisać ot tak, dla stukotu klawiszy.